środa, 9 listopada 2011

Tortilla meksykańska

Prawdę powiedziawszy jest to jedna z moich ulubionych potraw :) z tego prostego powodu, że jest szybka, smaczna i jest na pewno zdrowsza od wielu gotowych dań. Przy tym nie wymaga jakiegoś ogromnego nakładu finansowego ^^



Mam na myśli rzecz jasna tortillę w meksykańskim wydaniu :). Jest to w krajach Ameryki Łacińskiej i Środkowej bardzo popularne danie i baza wielu innych. Pierwotnie było po prostu narzędziem spożywania potraw, w które zawijano inne, bardziej skomplikowane i dające się tak spożyć dania. W Meksyku pełni tą samą funkcję jaką u nas chleb.
Tradycyjnie wykonuje się ją z mąki kukurydzianej. Jednak ja doskonale radzę sobie zwykłą mąką pszenną ;). Istnieje wiele sposobów jej wykorzystania:

  • taco - tortilla nadziewana
  • burrito - tortilla z mąki
  • tostada - tortilla na ciepło z fasola, chili i serem
  • enchilades - zapiekanka na bazie czerstwych tortilli
  • chilaquil - podsmażane, układane z warzywami warstwowo, zalane sosem tortille
  • chipsy z tortilli
Nie silę się na tradycję meksykańską, więc przygotowuję ją po swojemu :). Zawsze z kurczakiem, często doprawionym podobnie jak gyros. Do tego koniecznie pomidory i sos czosnkowy. Mile widziana sałata lodowa, bądź kapusta pekińska. Reszta zależnie od tego, co się akurat nawinie ^^. Ostatnio nawet ogórki kiszone ;).

Jako, że same tortille są w sklepach w skandalicznych cenach, zaczęłam robić je sama. Przepis jest bajecznie prosty:

Składniki: 
20 dag mąki pszennej
10 dag margaryny
1/4 szklanki letniej wody
szczypta soli
przyprawy wg uznania 
(ja dodaję curry i kurkumę - tortilla zyskuje przepiękny, kanarkowy kolor)

Mąkę wymieszać z solą i przyprawami. Margarynę pokroić w kostkę i w trakcie zagniatania z mąką dodawać powoli wodę. Powinna z tego wyjść jednolita, dość tępa masa. Zawinąć w folię i na 20 min do lodówki. Po wyjęciu rozwałkować na cienką płachtę (2-3 mm) i powycinać koła (najlepiej posługując się dużym talerzem w formie szablonu). 
Do tego momentu wszystko jest w zasadzie proste. Najtrudniejszym jest smażenie, czy też raczej suszenie placków. Należy wziąć dużą, patelnię i postawić na gazie. Odczekać 2-3 minuty aż się ona porządnie nagrzeje. Teraz należy wrzucić na suchą patelnię placek i odczekać dosłownie kilka sekund, najwyżej 10. Placek może nieco "spuchnąć" i się skurczyć, zależnie od ilości dodanej wody i jakości margaryny. Należy szybko go przewrócić na najwyżej 5 sekund na drugą stronę po czym szybko zsunąć na talerz. 
Pierwszy z pewnością nie wyjdzie ;) robienie dobrej tortilli, zdatnej do tego, żeby w nią coś zawinąć przychodzi z praktyką. Zbyt długie trzymanie na patelni powoduje, że jest zbyt sztywna i się kruszy. Zbyt krótkie, że jest surowa.


wtorek, 8 listopada 2011

Drobiazgi z Rossmana

Wieczorne zakupy w Rossmanie nie były mądrym pomysłem X). Z tego prostego powodu, że jak zwykle kupiłam za dużo i w pośpiechu.

Poszłam tam przede wszystkim po żel pod prysznic z Nivea. Oczywiście zachęcona obecnymi promocjami w Rossmanie nim przyjdą nowe ;). Wybrałam wersję Angel Star o "zniewalającym malinowym zapachu". Rzeczywiście zniewala ;). 
Miałam też w planach odżywkę do włosów Pantene Nature Fusion, zachęcona dobrymi opiniami na jej temat, szczególnie filmem Aasiek. Z jej opowiadań i filmów mam wrażenie, że dysponujemy podobnym typem włosa. Jednak jak rasowa gapa, chwyciłam szampon zamiast odżywki. Jednak mimo to, jestem oczarowana efektem miękkich, delikatnych włosów. Moje są grube, mocne, nie do zdarcia i niestety dość szorstkie z natury. 


Powyżej mamy do czynienia z dwoma zakupowymi wypadkami. Zobaczyłam i nie mogłam się powstrzymać. Z lewej - brązowy eyeliner. Zachorowałam na kolorowe eyelinery po serii postów i filmie Nissiax83. Jednak na oryginalny eyeliner z Sephory mnie nie stać. Natomiast skromne 8,29 zł za Wibo mogę dać. Dzisiaj używałam go po raz pierwszy i byłam oczarowana efektem :). Co prawda wolała bym by miał wykończenie matowe a nie połyskujące. Jednak mimo wszystko zadowala mnie. Długo się utrzymuje, łatwo się zmywa.

Podobnie jak TheOleskaaa uważam, że najbardziej seksowny pedicure może być wyłącznie w czerwieni. Nie mniej cenię czerwone paznokcie dłoni. Dlatego gdy zobaczyłam piękny odcień meksykańskiej czerwieni Miss Sporty nr 3, a ponadto była to ostatnia sztuka na półce, byłam zdecydowana. Nie zawiodłam się i na pazurkach prezentuje się zjawiskowo. Chętnie bym wrzuciła zdjęcie, jednak nie dysponuję aparatem a jedynie telefonem, więc nie będę się ośmieszać :P.

Ostatnie dwie rzeczy były wynikiem potrzeb:

To już natomiast przemyślany zakup za całe 1,49 zł :D. Moja cera ostatnio stała się bardzo kapryśna. Liczę, że to trochę pomoże ;). Na razie zachwyca mnie konsystencja, łagodne działanie względem skóry i obłędny zapach. Chętnie używała bym perfum w tym zapachu. Dodatkowo skusiła mnie szara glinka ;).

W drodze z Rossmana wstąpiłam do Biedronki. Ostatnio wykończyłam wszystkie kremy do rąk,a  jako że zaczyna się robić zimno, woda w Toruniu jest bardzo twarda i często nie chce mi się szukać rękawic przy zmywaniu, potrzebuję nawilżenia dłoni. Ten krem był bardzo tani, chyba coś ok. 3,80 zł i zdaję sobie, że skład ma pospolity. Jednak spełnia swoje zadanie :). Nawilża skórę i wspomaga jej odbudowywanie się. Pachnie całkiem przyjemnie, aczkolwiek dziwi mnie, że nie pachnie kokosem, mimo że na opakowaniu zadeklarowano zawartość masła Shea i olejku kokosowego.

Zdaję sobie sprawę, że to żadne rewelacje. Ale jak na kieszeń świeżo upieczonej studentki to całkiem sporo ;).

niedziela, 6 listopada 2011

Nagietek lekarski

Roślina pochodząca prawdopodobnie z rejonu Morza Śródziemnego bądź płw. Azji mniejszej. Bardzo łatwo się uprawia i adaptuje do warunków ogrodowych. U mnie rozsiała się wszędzie i jest jej mnóstwo i co roku pojawia się na nowo, nie trzeba jej o to specjalnie prosić, siać czy sadzić ;)
A tak wygląda on w moim ogródku:

Wykorzystuje się płatki pomarańczowych kwiatów, które się zbiera a następnie suszy. Ja je zbieram do takiego koszyczka:

I zostawiam, żeby sobie spokojnie wyschło. Gdy już doprowadzę je do takiego stanu:

Są gotowe do użytku :) przechowuję je w szklanym słoiczku i korzystam w razie potrzeby.


Znana od wieków ze swoich właściwości leczniczych:

  • Przede wszystkim wspaniale wpływa na kondycję skóry i znacznie przyspiesza gojenie się ran. Do tego świetnie sprawdzają się kąpiele z dodatkiem nagietka. Ja zwykle najpierw parzę filiżankę płatków, a potem wlewam do wanny z wodą.
  • Równie dobrze można z niego korzystać w formie toniku nagietkowego :) Zauważyłam, że najlepiej działa zaparzony, a potem przegotowany pod przykryciem (co by nic cennego nie uciekło ;). Płatki robią się niemalże białe, a wywar nabiera pięknej, słonecznej barwy :). Cudownie przyspiesza gojenie się wszelkich niedoskonałości cery. Jest chyba też parę gotowych propozycji na rynku :) Na pewno Zaja proponuje tonik nagietkowy. Ja jednak mam większe zaufanie do własnych wyrobów, szczególnie, że mam możliwość kontrolowania procesu produkcyjnego począwszy od kiełkowania rośliny do zamknięcia jej w buteleczce ^^.
  • Wspaniale sprawdza się jako okład na oczy :) Powoduje, że skóra dookoła oczu staje się miękka, wręcz jedwabista i nawilżona. Ja często stosuję go, kiedy zaczynam czuć nieprzyjemne pieczenie np. po długiej pracy przy komputerze czy niewyspaniu :).
  • Wewnętrznie, taka herbatka z nagietka wspaniale działa gdy dopadnie zgaga. Łagodnie reguluje pracę żołądka i dwunastnicy i problem szybko przestaje istnieć. Jednocześnie niezwykle poprawia kondycję (zarówno fizyczną jak i psychiczną) w okresie napięcia przedmiesiączkowego i potem w trakcie okresu. Bardzo mi pomaga, a cierpię na dość poważne bóle i wszelkie objawy PMS.
  • Niezłe rezultaty odnosi w walce ze skórą, która wyschła na mrozie bądź poparzeniami. Ja zwykle w takich sytuacjach zalewam trochę suszu oliwą i czekam aż nasiąknie. Następnie nakładam na podrażnione miejsce i odczekuję jakieś 40 min. Zawsze pomaga :). Ciekawi mnie natomiast jak by zadziałał przy poparzeniu słonecznym. Nigdy go tak nie wykorzystywałam :).
  • Od czasu do czasu serwuję sobie nagietkową maseczkę :). Najpierw zalewam płatki odrobiną zaledwie wrzątku, tyle, żeby nim naciągnęły i zmiękły. Następnie dodaję łyżeczkę jogurtu naturalnego i zaczynam mieszać tak, aby płatki zamieniły się w papkę i połączyły z biała masą, nadając jej złocisty odcień. Tak przygotowaną maseczkę serwuję sobie na twarz i wyleguję się ^^.
Botaniczny wykres nagietka :)

sobota, 5 listopada 2011

Australian Bodycare

Duńska linia kosmetyków "Australian Bodycare" to firma specjalizująca się w kosmetykach naturalnych(tere fere... to tylko ładny chwyt marketingowy), zawierających w dużej mierze substancje unikalne pochodzące (jak sama nazwa wskazuje) z Australii.

Miałam przyjemność przetestować dwa z nich:

Facial Cream i Facial Wash
(posiadam wersję ze starej serii, nową można sobie obejrzeć tutaj: klik)

Charakteryzują się przede wszystkim intensywnym, żywicznym zapachem. Kosmetyki są (jak wszystkie produkowanie/dostępne w krajach skandynawskich) hipoalergiczne. Wszystkie posiadają dodatek olejku z drzewa herbacianego, co jest zapewne źródłem charakterystycznego, żywicznego zapachu. Jest on dość intensywny i długo się utrzymuje. Mi osobiście nie przeszkadzał, a rano działał bardzo pobudzająco i orzeźwiająco. Zaznaczę od razu - zawierają parabeny, niestety. Jednak moja cera jest BARDZO wrażliwa na wszelkie zaskórniki, pryszcze i zapychania - te kosmetyki akurat u mnie tego nie spowodowały.



Krem ma nietypową, beżową barwę, wygląda przez to trochę jak podkład w płynie, przez co idealnie nadaje się pod makijaż, chociaż nie nadaje skórze koloru. U mnie dodatkowo powodował, że wszelkie wypryski i zaczerwienienia traciły intensywne, niepożądane barwy. Ma bardzo lekką, wręcz lejącą konsystencję, prawie że mleczka. Aczkolwiek doskonale nadaje się też na noc, szczególnie po wmasowaniu go delikatnymi ruchami w skórę. Nawilża odpowiednio, ale nie nazwała bym go cudem. Jest po prostu przyzwoity.

Skład (podobny do: Iwostin PURRITIN REHYDRIN):
Woda, Gliceryna, Olejek morelowy, Dicapryryl carbonate (działanie ochronne, wspomaganie warstwy lipidowej, tworzy ochronny film na skórze), Gliceryl stearate (substancja pochodna oleju kokosowego bądź słonecznikowego, zatrzymuje wodę w skórze), pentaerythrityl distearate (stabilizator konsystencji), olejek z drzewa  herbacianego 1%, Camellia sinensis (herbata chińska), Ceteareth-20 i Ceteareth-12 (emulgatory), phenoxyethanol (konserwat; dziwi mnie jego obecność - ta substancja może podrażniać w dość poważny sposób, aczkolwiek z moich obserwacji wynika że tego nie robi :) ), Butyl Methoxy-dibenzoylmethane (absorbent UV), Sodium Polyacrylate (składnik konsystencjotwórczy), Palmitynian cetylowy (natłuszcza, wygładza), Alkohol cetearylowy, tokopherol (witamina E), hydrogenated polydecene (zatrzymuje wodę, działa przeciwzmarszczkowo - dla mnie póki co bezużyteczna funkcja :) ), trideceth (kolejny przeciwzmarszczkowy), methyl-, ethyl- i propyl- paraben (wiadomo - samo zło), perfum, kwas cytrynowy i limonkowy, krzem.



Żel oczyszczający posiada tą zasadniczą zaletę, że nie podrażniał mi oczu. Nie piekł, nie zaczerwieniał ani nie robił niczego złego z wrażliwymi okolicami. Jeżeli w momencie spłukiwania dostał się do ust nie powodował żadnego chemicznego, ostrego smaku. Stąd podejrzewam, że zapewnienie producenta o istnieniu naturalnych składnikach może być bliskie prawdzie. Jest niezwykle wręcz ekonomiczny! Używam, używam i nie mogę zużyć xD.
Skład:
Woda, Poliglukozyd laurylowy (substancja myjąca i łagodząca), gliceryna, Lauryl Glucose Carboxylate (frakcja oleju kokosowego bądź palmowego), cocamidopropyl betaine (aktywnie myjący, pochodzenia roślinnego), coco-glucoside (subst. uzyskiwana z oleju kokosowego i skrobii kukurydzianej; aktywnie myjąca), PEG-120(czymkolwiek jest - niestety, nie znalazłam wyjaśnienia zagadki. jeszcze :D), glyceryl oleate (nawilża i utrzymuje wilgoć; pochodzenie roślinne), olejek z drzewka herbacianego 1%, phenoxyethanol (jak wyżej), kwasek cytrynowy, methyl-, ethyl- i propyl- paraben (samo zło po raz kolejny), kwas sorbinowy (otrzymywany z jarzębiny, konserwant, wyjątkowo bezpieczny), hydrogenated palm glycerides citrate (ester utwardzonego oleju palmowego, kwasu cytrynowego i gliceryny; konsystencjotwórcza), tocopherol (witamina E).

Podsumowując:
1) Działanie: pożądane, ale szału nie ma
2) Konsystencja i zapach: oba do przyjęcia
3) Skład: kontrowersyjny, ale o dziwo nie wywołuje problemów, nawet po dłuższym użyciu.
4) Cena: nie mam pojęcia, dostałam oba w prezencie :)

W zasadzie zaczęłam z nich korzystać, bo żal mi było, że się niedługo przeterminują, a po czasie bardzo przyzwyczaiłam się do zapachu tych produktów :) początkowo dość ostry, po czasie staje się bardzo przyjemny. Jako, że wcześniej nigdzie nie znalazłam polskiej recenzji na ten temat, postanowiłam jej dokonać :)

piątek, 4 listopada 2011

Pielęgnacja ust alergicznych

Od jakichś trzech lat cierpię na okropną i bardzo silną alergię związaną z niklem. Zostało to stwierdzone badaniami specjalistycznymi i generalnie problem polega na tym, że niewiele da się z tym zrobić.

Byłam zmuszona do rezygnacji z gry na  flecie poprzecznym - jest w całości metalowy i nawet wysokiej jakości kruszce by nie pomogły - złoto, srebro i inne zawierają 20-30%  niklu, gdyż same w sobie są zbyt miękkie i potrzebują domieszki czegoś twardszego.
Z podobnych względów odpada wszelka biżuteria. Musiałam się pożegnać z kolczykami (nie, bigle hipoalergiczne też uczulają), wszelkimi łańcuszkami i innymi ładnymi rzeczami.
W mojej kuchni pojawiły się garnki emaliowane - tylko w nich mogę gotować i jeść bez problemu. Rzecz jasna odpadają wszelkie detergenty i sporo kosmetyków, które często zawierają śladowe ilości niklu - wyrabiały z moją skórą straszne rzeczy. Jedzenie z puszek jest również niedozwolone. Z pokarmów - brokuły, szpinak, owies i jeszcze parę przyjemnych rzeczy. Wszystkie guziki w spodniach musiałam pozaszywać, bądź zmienić na plastikowe/drewniane; nie wspomnę już, co miałam na plecach po studniówce - zapomniałam, że zamek w mojej sukience jest metalowy.

Jednak jeden z największych problemów z jakim borykam się od dawna powodują sztućce. I tak jak u siebie w domu jestem w stanie się zmobilizować i korzystać z plastikowych, tak rzecz jasna nie wszędzie jest to możliwe. Co więcej, nie jestem w stanie całkowicie wyeliminować niklu z diety.
W efekcie moje usta wyglądały przez dłuższy czas tragicznie. Zaczerwienione, pękająca skóra, sucha i nie do użytku. O wszelkich błyszczykach i szminkach mogłam zapomnieć.

Pani dermatolog, jakkolwiek bardzo miła i uczynna przepisała mi maść Bedikord G. Ulotka nie dość, że mnie przeraziła, to jeszcze stwierdziłam, że ten krem w zasadzie nie do końca jest dla mnie. Jednak postanowiłam zaufać specjalistce. Wszystko zagoiło się błyskawicznie i znów cieszyłam się piękną skórą ust. Jednak po jakichś dwóch tygodniach problem wrócił. Kremu użyć już więcej nie mogłam, jest to lek zbyt silny. A  problem pozostał.

Postanowiłam, że muszę zacząć ratować się sama:

Zaczęłam od zwykłego, starego (jak widać na opakowaniu) kremu Nivea. "Zjadłam" go kilka opakowań. Przynosił ulgę poprzez nawilżenie. Jednak to było działanie przeciw objawom, a nie przyczynie.
Następnie w ruch poszedł krem z witaminą A. Mimo że krem był niezbyt działający, usunął pieczenie i swędzenie. Dużo lepiej zadziałała kupiona po kilku tygodniach maść z witaminą A.

Osiągnięciem ostatnich dni jest dla mnie połączenie w proporcji 1:1 maści z wit. A i kremu Nivea. Razem nawilżają, usuwają świąd i pieczenie, jak również powodują, że ewentualne ranki szybko się goją.
(w rzeczywistości jest biały, wina aparatu)

Jednak (co odkryłam wczoraj) mieszanka Nivea i maści z wit. A daje najlepsze efekty stosowana naprzemiennie z Carmexem.

Czytałam o nim pochlebne opinie już dużo wcześniej. Jednak dopiero gdy kilka dni temu, widząc promocję w Rossmanie (6,99 zł / zwykła cena 8,99 zł) oraz optymistycznie nastawiającą notkę na blogu Iwetto, postanowiłam go kupić. Autentycznie nie spodziewałam się tak wspaniałego efektu. Usunął moją dolegliwość na wiele godzin, a później wystarczyło już tylko poprawić wcześniej wspomnianym mixem. 

Mam szczerą nadzieję, że moje problemy z ustami skończyły się, a może chociaż zostały opanowane na dobre. Liczę na to, że jak to z alergiami bywa, ta wygaśnie za parę lat i problem w ogóle przestanie mieć znaczenie. Jednak jak na razie pozostaje mi ratować się rozmaitymi kosmetycznymi wynalazkami ;)