wtorek, 31 stycznia 2012

Świeże, zdrowe, kolorowe ;)

Po kilku dniach skandalicznego wręcz odżywiania zapragnęłam czegoś naprawdę zdrowego i wartościowego. Dlatego dzisiaj weszłam do sklepu z jasnym planem żywieniowym ;)
Oto jego efekty:
Jakość zdjęcia nie za dobra, bo robione telefonem. Ale na aparat jeszcze nie zarobiłam niestety ;)

Tak więc dzisiaj pożywiłam się takim o to niemalże wiosennym daniem. Co w nim jest? Same pyszności. Przede wszystkim kawałek piersi z kurczaka, przygotowany na parze z odrobiną soli i skrojony w kostkę. W drugiej kolejności, mieszanka warzyw, niestety mrożonych ale na inne nie miałam szans. Mamy tutaj: marchewkę, fasolkę szparagową, paprykę, cebulkę, brokuły i selera (jeżeli dobrze pamiętam ;). A zdecydowany smak zapewnił sos ziołowy własnej roboty.  
Absolutnie zachwyciły mnie żywe kolory tego dania. Dawno nie jadłam z tak wielką przyjemnością ^^

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Krótko o nowych nabytkach

Jako, że ostatnimi czasy wpadło mi trochę grosza, pozwoliłam sobie na drobne uzupełnienie mojej kosmetyczki :).

I tak jak podkład i cień to celowe zakupy, tak błyszczyk był nieco przypadkowym. Przy okazji chcę się podzielić pierwszymi wrażeniami użytkownika, jakkolwiek za jakiś czas potwierdzi się ich prawdziwość ;).

Zacznę od najpoważniejszego zakupu:
Po przeczytaniu całkiem niezłych recenzji na Forum stwierdziłam, że zaryzykuję. Jednocześnie nauczka na przyszłość - bardzo dokładnie sprawdzać ceny. Przy kasie byłam święcie przekonana że zapłacę 19,99 zł. A tu niespodzianka - 25 zł. No, ale do złego informowania o cenach powinnam już przywyknąć. W każdym razie nabyłam podkład Catrice Photo Finish, w kolorze 010 Sand Beige. Z takich pierwszych wrażeń, myślę, że zapach jest nieco zbyt intensywny. Przypomina mi trochę konwalie, ale w bardzo dużym natężeniu. Natomiast nakładam go gąbeczką kosmetyczną, co daje bardzo ładny efekt równomiernego kolorytu skóry. Co prawda nie zakrywa poważniejszych niedoskonałości, ale w moim wypadku chyba żaden podkład sobie z tym nie poradzi. Jednocześnie dość długo się utrzymuje, co mnie bardzo cieszy.
Opakowanie jest solidne, szklane, z wygodną pompką która gwarantuje wyciśnięcie porcji wystarczającej akurat na pokrycie twarzy :).

Kolejnym przemyślanym zakupem był cień z Bell Satine Mat nr 144


Skusiłam się z paru powodów :). Pierwszym były bardzo pozytywne opinie wielu dziewczyn na ten temat - między innymi na forum podanym wyżej i w filmiku "TAG: Dobre bo polskie" TheOleskaaa padło coś na ten temat :). Z drugiej strony, od dawna potrzebowałam delikatnego, różowego, matowego cienia do powiek. Coś do naturalnych makijaży. Dlatego wybrałam ten kolor (nr 144) - różowy, ale wpadający w łosośowy czy beż. Tak z pierwszej chwili - jest niesamowicie napigmentowany i daje bardzo ostry, wyraźny kolor. Nie próbowałam, ale myślę, że doskonale sprawdzi się też w roli różu na policzkach. Wszystko przed nami ;).  Przy tym ma całkiem przystępną cenę - z tego co pamiętam nabyłam go za 6 zł z groszami.

Ostatnim, nieco przypadkowym zakupem był błyszczyk Essence z limitowanej edycji Crystalliced. Już gdy  zobaczyłam jej zapowiedź miałam wielką ochotę na coś z tej kolekcji :). Głównie zainteresowały mnie błyszczyki i top na mascarę. Podczas gdy tego drugiego nie znalazłam, nawinęło mi się w rączki to pierwsze ;). Kupiłam odcień 03 Ice cristals on my window. Podoba mi się jego jasny kolor z delikatnymi, nienatarczywymi drobinkami. Standardowy, wygodny aplikator. Trochę mnie drażni jego kleista konsystencja. Jednak na ostatnie mrozy jest przez to idealny. Mam wrażenie, że to raczej trwały kosmetyk :). No i nie był jakoś straszliwie drogi - 7,49 zł.

Zakupy skromne, ale jak na moją studencką kieszeń aż nazbyt śmiałe. Tym nie mniej - bardzo mnie cieszą ^^.

sobota, 28 stycznia 2012

Kolejny problem alergiczki: biżuteria

Jak już kiedyś pisałam, jednym z moich problemów jest wybitna alergia na nikiel. Oprócz problemów ze sztućcami i pożywieniem, problem dotyczy w dużej mierze biżuterii.
Moja, jak widać już zakurzona, niecała kolekcja.
O ironio! Uwielbiam ją. Nosić, robić, kupować, projektować.

Pozornie rzecz wydaje się prosta - nie nosić biżuterii nikowanej, z dodatkiem niklu itp. Nic bardziej mylnego. Biżuteria tego typu po prostu zawiera go mniej, ale wcale nie jest od niego wolna. Skąd wiem? Próbowałam. Kupiłam już mnóstwo tego typu badziewia by znowu się przekonać, że na skórze pojawiają się zaczerwienienia, a dziurki w uszach zaczynają nieznośnie swędzieć i ropieć. Wszystkie zaskoczone moimi zwrotami i uwagami ekspedientki z uporem maniaka tłumaczą mi, że na pewno jestem uczulona na wszystkie metale i stąd problem. No, ale nie będę ze swoimi wynikami badań wchodziła do każdego sklepu.

Musiałam więc nauczyć się radzić sobie w inny sposób. Na początku próbowałam zamiast kolczyków klipsów. No niestety, to też nie zdało egzaminu. Nabyłam więc w sklepie akwarystycznym małą tubeczkę silikonu. Pokrywałam nim klipsy i przez pewien czas nawet działało. Jednak było dość upierdliwe, bo każdego wieczora musiałam taki klips pokryć i zostawić na noc do zastygnięcia. Jednocześnie, pojawił się problem z noszeniem zegarka i okropne czerwone plany na nadgarstku. Z tym jednak sobie poradziłam.

Zegarek zaopatrzyłam w plaster ochronny :)
Ale problem cały czas pozostawał. Wszelkie łańcuszki musiałam odstawić, ponieważ wyglądałam po nich jakby ktoś próbował mnie dusić sznurkiem - wąska, czerwona obwódka dookoła szyi. Zamieniłam je po prostu na rzemyki i sznureczki jubilerskie. I ta zamiana akurat się udała, choć bardzo tęsknię za moimi srebrnymi łańcuszkami. Podobnie rzecz się ma z wszelkiego rodzaju zawieszkami. Noszę je do dzisiaj no i zdarza się, że przez parę dni noszę wyłącznie szklane i plastikowe rzeczy, żeby drobne zaczerwienienia na dekolcie zeszły. Ale z tym bywa różnie.



Co bardzo mnie cieszy, moja obrączka od M. jest najprawdopodobniej z czystego srebra i nie robi mi żadnych problemów przy noszeniu :). Tak jak inne pierścionki potrafiły po paru godzinach zostawiać mi czerwone obwódki, tak ta jest grzeczna i pozwala się nosić nieustannie.

Niewiele osób o tym wie, ale przy alergii na nikiel nawet noszenie jubilerskich wyrobów ze srebra czy złota nie pomoże. Powód jest prosty - metale te same w sobie są zbyt miękkie. W celu nadania im większej trwałości i twardości dodaje się do nich nikiel. I tym sposobem biżuteria tego typu zawiera 20-30% niklu.


Moja alergia objawiła się jakieś 3-4 lata temu. I od tamtego czasu nie nosiłam już żadnych kolczyków. Jednak to jedna z moich ulubionych części biżuterii i bardzo za tym tęskniłam. Szukałam plastikowych bigli - niestety nie znalazłam. Wielka więc była moja radość, gdy w serwisie Szafa.pl odnalazłam dystrybutorkę plastikowych sztyftów :). Jednocześnie bardzo zachęcająca była cena - 2,50 zł za parę. Natychmiast więc zamówiłam dwie pary, by dowiedzieć się od sprzedawczyni, że po zamówieniu trzeciej, czwartą parę dostanę gratis. Nie trzeba mnie było namawiać ;).

Nie jest to co prawda szczyt moich marzeń, ale ta alternatywa jest całkiem niezła, szczególnie że do wyboru mam to, albo wcale :). Są w całości z plastiku jak widać na zdjęciu powyżej, a blokuje się je silikonowymi zatyczkami. Spełniają więc wszystkie warunki, jakie im postawiłam. Przy okazji mogę polecić też użytkowniczkę, która mi je sprzedała, Sarita07- korzystna promocja, bardzo szybka przesyłka i dobra cena. Jednocześnie jak widać na jej profilu, ma bardzo pozytywne opinie :).

Takie są moje sposoby na obchodzenie problemu alergii ;). Jeżeli ktoś znalazł by gdzieś kolczyki z plastikowymi biglami, proszę o kontakt. A że widziałam już takie, wiem że istnieją :).

niedziela, 22 stycznia 2012

Irlandzki urok

Z cyklu: Moje Ulubione Filmy

Zdecydowanie numerem 1 na mojej liście ulubionych filmów, jest film w reżyserii Neila Jordana "Ondine". Oglądanie go nie znudzi mnie chyba nigdy.
Tym co urzekło mnie najbardziej chyba jest atmosfera filmu i jego magia. Doskonałe wykorzystanie folkloru sprawia, że za pomocą bardzo prostych środków można skonstruować film, w którym czuje się niesamowitość. Nie ważne czy nazwiemy ją silke czy syreną - mity o konotacji z morzem zawsze budziły duże zainteresowanie.

Kolejną dla mnie ogromnie urokliwą częścią jest sceneria. Piękna, zielona Irlandia. W końcu nie bez powodu nosi miano Zielonej Wyspy.



Krajobrazy nasycone są mieszanką zieleni, błękitów i fioletu. Zdaję sobie sprawę, że pewnie nie cała Irlandia tak wygląda. Jednak ten fragment ukazany w filmie tylko zwiększył moją fascynację tą krainą. Równie mocno podobał mi się domek nad brzegiem morza. Miał w sobie coś z innego świata. Tak jakby wyjeżdżając z miasteczka człowiek pokonywał nie tylko przestrzeń ale i barierę czasu. Efekt trudny do osiągnięcia, ponieważ nie można go wytworzyć bezpośrednimi środkami. Ciężko jest narzucić za pomocą jednego gestu czy obrazu wrażenie. Doceniam więc pracę reżysera i scenografa.


Zawiązanie akcji poprzez scenę wyłowienia tajemniczej dziewczyny z morza ma dla mnie w sobie coś z baśni. Kojarzy mi się nierozerwalnie z wyłowieniem złotej rybki. Z resztą motyw życzeń jest żywy i obecny w całym filmie.
Półnaga i półprzytomna, zziębnięta i wyczerpana. Mimo że jest to oklepany motyw bezbronnej istoty, która trafia wprost na swojego bohatera, nie jest to wcale takie oczywiste, jak może się wydawać gdy już obejrzymy cały film.
Jednocześnie ciężko orzec, kto jest tą sytuacją bardziej zaskoczony - rybak czy jego znajda.


Co ciekawe, mimo że mamy do czynienia w tym wypadku z romansem (chociaż z takim określeniem gatunku ja bym tu dyskutowała!), jest tu wiele elementów, które przeczą nudnemu, usypiającemu stereotypowi. Przede wszystkim, akcja nie miewa momentów spoczynku. Każda scena wnosi coś istotnego do biegu wydarzeń i wbrew pozorom film ten jest bardzo wymagający - każdy detal będzie miał znaczenie.
Postacią która niesie ze sobą zarówno wiele wzruszeń jak i wiele zabawnych momentów jest córeczka rybaka. Dziewczynka pomimo swoich ograniczeń i choroby z którą się zmaga jest nadspodziewanie rezolutną osóbką. A przy tym bardzo ciekawą świata, co w wielu momentach jest kluczem do rozwiązania kolejnych, wręcz piętrzących się i nawarstwiających z każdą chwilą zagadek.

Naturalnie miłość jest głównym motywem filmu i powodem dążeń wszystkich bohaterów. I chociaż koniec w zasadzie jest jak z bajki, ponieważ Ondine i jej rybak żyli długo i szczęśliwie, rozwiązanie zagadki morskiego stworzenia wyłowionego z morza jest mało baśniowe. Interesujące jest, że ten bardzo logiczny i wręcz prozaiczny koniec w żaden sposób nie burzy nastroju, który nie opuszcza widza jeszcze długo po zakończeniu filmu.

sobota, 14 stycznia 2012

Lodowa Królewna

Odleciałeś…

A mnie tu naszła Zima. I okryłam się nią i otuliłam, by zdusić żal. Ufnie wtuliłam się w jej ramiona, szukając ukojenia. A ona cicho i ukradkiem, zaczęła mnie przejmować. Najpierw wybieliła śniegiem skórę. Wyciągnęła kolor i ochłodziła ją jak marmur i alabaster. Miękko i pieszczotliwie, palcami chciwymi, ugniotła ją w delikatny jedwab. Potem skusiła usta mrozem, by królewskim obyczajem oblekły się w karmazyn i zalśniły blaskiem przynależnym rubiom , odcinając na mlecznej skórze wyraźnym, soczystym i kuszącym kształtem. Zima chwyciła mnie wiotką i wygięła biodra w przyjemne łuki, a potem szczypiąc mrozem zmusiła usta do uchylenia swych tajemnic. I wlała się we mnie cała, żarłoczna i zachłanna, lodem skuwając serce. Ciało okryła przewspaniałą suknią mrozu i lodu, skrzącą się w promieniach, bladego i sennego zimowego słońca. Oh jaka ona była dumna! Rozsypała na ciemnych włosach swoje płatki, chcąc upodobnić mnie do nocnego nieba. Jak straszna i piękna to była Zima…

Lecz Królowa Śniegu zapomniała o jednym. Czas nie stoi w miejscu, a jej Lodowa Królewna w błogiej obojętności przynależnej tej Mroźnej Arystokracji trwać wiecznie nie mogła. Najpierw więc słońce się przebudziło. I ostrym ciosem swoich żywych promieni rozświetliło ciemność. Ściągnęło na pomoc jaskółki i krokusy. Wezwało wszelkie siły natury i pchnęło w wir życia. Dało sygnał do przebudzenia się.

Na sam koniec przyleciałeś Ty. I jednym pocałunkiem stopiłeś wszystkie lody.