środa, 29 lutego 2012

Eveline Diamentowa odżywka

Ten drobiazg najpierw wylądował na mojej Wishliście na dole :) Ale zszedł z niej w moje łapki dość szybko. Przede wszystkim dlatego, że zachęciły mnie pozytywne opinie w internecie i cena - ok. 11 zł.

Najpierw użyłam jej zgodnie z zaleceniem. Kuracja trwała 12 dni i po niej moje paznokcie są naprawdę bardzo twarde i długie. Wreszcie miałam okazję do nadania im ładnego kształtu. Obecnie stosuję ją jako bascoat. Tak więc chroni płytkę i jednocześnie ją odżywia. Do plusów należy zaliczyć fakt, że kolor bardzo ładnie na nim wygląda. Razem z top coatem 3w1 Eveline sprawiają, że mój lakier trzyma się do 5 dni. Dla mnie to jest po prostu szokujące. Podobnie jak wiele dziewczyn przede mną, serdecznie polecam ;)

wtorek, 28 lutego 2012

Golden Rose 228

Moja czerwień z Miss Sporty już się powoli kończy i dość mocno zgęstniała. Będąc więc w drogerii zdecydowałam się na kolejną czerwień (ten kolor muszę posiadać zawsze!).
Tym razem coś bardziej urozmaiconego, z delikatnymi drobinkami. Świetne krycie - wystarczą dwie cienkie warstwy by osiągnąć 100 % krycia i świetne nasycenie.



W świetle dziennym lakier bardziej wpada w róż. Wieczorem robi się drapieżny. Już go uwielbiam ;)


poniedziałek, 27 lutego 2012

Anti-Frizz Lotion Syoss

Z Wishlisty na dole zniknął nr. 1 - Anti-Frizz Lotion Syoss.

Jest to środek mający zapobiegać mojemu odwiecznemu problemowi - puszeniu się włosów. W moim wypadku, niezależnie od stopnia nawilżenia włosów, zawsze było tragicznie. Pierwszy dzień po myciu to po prostu objętościowy koszmar. Zdaję sobie sprawę, że większość kobiet ma problem w drugą stronę - zbyt mała objętość. Ja się chętnie swoją podzielę, mam jej za dużo!
Moje włosy są z gatunku tych bardzo gęstych i bardzo mocnych. Przy okazji są bardzo długie, bo aż do pasa. Przyznaję bez bicia, że próbowałam ich niszczenia. Dwa lata ciągłego prostowania nic im nie zrobiły. Żadnych rozdwojonych końcówek, cały czas lśniące mocne i... za puszyste.
Parę lat temu korzystałam z fioletowej linii Sunsilka, właśnie do prostowania włosów. Działała na mnie świetnie. Ale potem ją wycofano. Nota bene - za granicą dalej dostępna. Potem próbowałam linii prostującej Nivea - kompletna porażka. Nie dała rady moim włosom.
W końcu nabyłam Anti-Frizz Lotion Syossa. Używałam go na razie jakieś 3-4 razy. Zdecydowanie nie polecam na sucho. Efekt wizualny jest, ale uczucie lepkości i takiego dziwnego natłuszczenia włosów okropne. Natomiast stosowany na mokro daje bardzo fajny efekt. Nie ujarzmia włosów aż tak jak bym chciała, ale jest na pewno dużo lepiej niż bez niego. Początkowo po wyschnięciu nieco denerwuje - włosy są szorstkie. Jednak w trakcie dnia (zawsze myję włosy wieczorem, nakładam ten balsam i w mokrych idę spać) z powrotem nabierają miękkości, ale już się nie puszą :).
Zdaję sobie sprawę, że to wyjście nie dla każdego. Ten kosmetyk to po prostu bomba silikonowa. Większość z użytych w niej składników jest rozpuszczalna ale są i takie, które można usunąć jedynie detergentami. Ja się silikonów akurat nie boję ;). Jak mi włosy trochę "schudną" to się nie obrażę. Więc będę sobie dalej stosowała. Cena jest rozsądna, ok. 15 zł. Nie jestem jeszcze tylko pewna co do zużycia. Na razie wydaje mi się być dość nieekonomiczny. Ale czas pokaże.
Pompka jest bardzo wygodna, aczkolwiek jedno naciśnięcie daje trochę mało płynu. Ja potrzebuję kilku porządnych żeby ta ilość wystarczyła na moje włosy.
Zdecydowanie polecam dziewczynom z mocnymi, grubymi i odpornymi na uszkodzenia, ale puszącymi się włosami :)

niedziela, 19 lutego 2012

Szary kuferek

Jako, że jest to mój najnowszy nabytek, muszę się nim pochwalić ;) a właściwie - nią.
 Zaczęło się od tego, że padał śnieg, a moja poprzednia torba jest "szmaciana". I nie nadaje się do tego, żeby przy deszczu/śniegu/odwilży nosić w niej komputer, telefon itp. Z drugiej strony, przez pół roku noszenia zdążyła się już podniszczyć i pobrudzić, jako, że materiał jest w czarno-białą kratę. Dlatego też stwierdziłam, że mogę sobie pozwolić na coś nowego ;). Oczywiście torba jak również wiele poprzednich pochodzi z Allegro. Konkretnie od sprzedawcy TOREBKI_. Mogę polecić z czystym sumieniem - błyskawiczna odpowiedź na pytania, szybka solidna wysyłka. Torebka przyszła nie w kopercie bąbelkowej, ale w wielkim kartonowym pudle, obłożona tak, żeby jej nic nie uszkodziło.
Przy wyborze kierowałam się głównie ceną i fasonem. Chodziło mi o coś prostego, a jednocześnie ładnego. Absolutnie nie interesował mnie styl sportowy. Jednocześnie, torebka musiała być na tyle duża żeby zmieścić mojego laptopa (10,1 cala) i teczkę A4. Prawdę powiedziawszy, nie sprawdziłam dokładnie wymiarów. Zasugerowałam się zdjęciami i byłam przekonana, że torebka będzie większa. Początkowo mnie to martwiło. Jednak po tych paru dniach korzystania z niej, stwierdziłam, że wielkość jest po prostu idealna. Doskonale mieści się w niej akurat to wszystko czego mogę potrzebować wychodząc z domu - nie ważne czy na uczelnię czy do pracy. Jednocześnie, ograniczenie miejsca powoduje, że noszę ze sobą tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne, bez żadnych zbędnych fantów. 
Co do koloru - zamierzałam kupić czarną torebkę. Wiadomo, uniwersalna, do wszystkiego pasuje. Ale przeglądając Allegro stwierdziłam, że jest sporo torebek w ładnych odcieniach szarości. Brązu za bardzo nie lubię więc z założenia go odrzuciłam. Doszłam do wniosku, że taka monokolorystyka czerni jest niedobra (mam czarny płaszcz). I skoro już moja chusta na szyję i buty są szare, należy zaopatrzyć się w szarą torebkę.
Jej zdecydowaną zaletą jest to, że jest sztywna. Nie przewraca się, a wszystko co do niej włożę i ułożę na miejscu, pozostaje w takim układzie mimo przemieszczania się. A czymś co mnie urzekło jest... podszewka. Miałam bardzo złe doświadczenia ze śliskimi, pseudosatynowymi materiałami, które już po miesiącu użytkowania potrafiły się podrzeć, porozciągać i powodowały, że drobiazgi takie jak klucze czy balsam do ust wpadały za nią i nie można ich było znaleźć. Do torebki dołączony był jeszcze pasek na ramię, ale ja go zdjęłam. Nie używam takich rzeczy. W środku są dwie kieszonki. Po jednej stronie na telefon (zwykle noszę tam błyszczyk/szminkę której używam danego dnia) i po drugiej stronie kieszonkę na drobiazgi. Jest bardzo ładnie wykończona i wygląda na w miarę solidną. Mam nadzieję, że trochę mi posłuży. Nie chcę podawać konkretnej ceny, ale myślę, że była to rozsądna kwota :)

piątek, 10 lutego 2012

Tanie topcoat'y

Przedstawię 3 top coat'y, które wypróbowałam, w kolejności od najgorszego bubla, do najlepszego produktu :)
Jest to absolutny bubel. Gorszego "czegoś" w życiu nie widziałam. Skusiłam się gdy TheOleskaa na swoim kanale to poleciła. Jest to produkt firmy "dobrarada" lub Incebis lub i-nails. Ciężko się zorientować po etykietce. Nosi nazwę top coat nawierzchniowy. Objętość 15 ml. I srogo się zawiodłam. Pierwsza wada jest taka, że schnie to-to 9 godzin. I w tym czasie nie można dotknąć dłonią absolutnie niczego, bo widać na lakierze każdą rzecz. Druga wada - jak już wyschnie, lakier odpada momentalnie. Jak dla mnie to jest jakaś tragiczna porażka. Nie mam pojęcia z czego to robią, ale to jest nie do użytkowania
Ten top coat czy też raczej "utwardzacz" Wibo jak głosi etykietka jest już bardziej przyzwoity. Przynajmniej szybko schnie i nie powoduje szybszego odpadania lakieru niż by się to odbyło bez top coatu. Czy utrwala go? Nie na długo. U mnie maksymalnie na 3 dni. Ale to tylko jeżeli akurat nie miałam kontaktu z wodą dłuższego niż 10 min. Zdecydowaną wadą jest to że za szybko zgęstniał i ma za krótki pędzelek - ciężko było wydobyć resztki. Niemniej, jest już bardziej podobny do top coatu niż pierwszy przedstawiony produkt. Przy okazji jest dostępny w każdym Rossmanie i kosztuje kilka zł. Objętość 7 ml.
Ostatni produkt jest dla mnie po prostu ideałem. Jest to Eveline, Utwardzacz do paznokci 3w1. Producent obiecuje brak odprysków, połysk i przedłużenie bytności lakieru na paznokciach. I zgadzam się w 100%. Znacznie przedłuża egzystencję lakieru na paznokciach - 3-4 dni, w porywach więcej. Daje niesamowity połysk, który utrzymuje się do kilku dni. Nie odpryskuje przedwcześnie. Zaletą jest cena - 6 zł. Objętość 12 ml, ale starczy na bardzo długo - wystarczy niewielka ilość do pokrycia płytki. Nie gęstnieje przedwcześnie i generalnie nie zawiódł mnie w niczym. No i na pewno kupię go jeszcze nie raz :)
Oprócz tego kuszą mnie utwardzacze z Essence i Golden Rose :), więc możliwe, że będzie update ;)

czwartek, 9 lutego 2012

Lakiery Golden Rose


Znane i lubiane lakiery do paznokci Golden Rose. Szczerze mówiąc ja je po prostu uwielbiam. Kosztują niewiele (3-5 zł/szt), mają bardzo ciekawe kolory i świetnie prezentują się na paznokciach. Przede wszystkim zachwyca mnie to, że utrzymują się na moich paznokciach do 3-4 dni bez odprysków (naturalnie przy użyciu top coatów). W moim wypadku jest to absolutny rekord.

Z trzech przedstawionych powyżej kolorów najbardziej lubię chyba ten popielaty. Jest doskonały na co dzień i świetnie się sprawdza jako tło do wszelkich zdobień. Zwykle wystarczą 2 warstwy żeby ładnie pokryć płytkę. Co do nr 329 czyli morskiego (zdjęcie niestety nie oddaje oryginalnego koloru, który wpada jednak trochę w zieleń) mam wątpliwości głównie przez kiepską pigmentację. Dopiero nałożenie 4 warstw gwarantuje całkowitą jednolitość koloru. Fioletowy 248 jest bardzo przyjemny w aplikacji. Czasem nawet wystarczy jedna warstwa. Posiada też delikatne, różowe drobinki, które bardzo ładnie się mienią. I ten kolor zdecydowanie najdłużej utrzymuje się na moich paznokciach :)

Myślę, że jeszcze się zaopatrzę w kilka kolorów :) szczególnie kusi mnie jakiś kolor w typie nude :)

środa, 8 lutego 2012

NYX 'Eros'

Dzisiaj zostałam obudzona przez listonosza który przyniósł mi nowy nabytek:
Przede wszystkim bardzo podoba mi się opakowanie. Jest bardzo estetyczne i według mnie ma w sobie dużo uroku. Po drugie, całkiem fajnym pomysłem jest ukazanie koloru z zewnątrz - wypadku posiadania kilku tych szminek od razu wiadomo którą chwycić.
Jest to mój pierwszy produkt tej firmy. Dużo bardziej popularne są kredki JUMBO NYX, które wiele dziewczyn traktuje jako kolorowe bazy pod cienie. Ja jednak skusiłam się na tą szminkę. Dlaczego? Głównie przez kolor. Zdjęcie ukazuje piękny, ciemnomalinowy róż. Prawda jest taka, że ten kolor tak po prostu wychodzi na zdjęciach, a w rzeczywistości jest to krwista czerwień. Co w zasadzie mi tak bardzo nie przeszkadza :) Za to pozwoli mi to przetestować te pomadki i być może skuszę się też na inne kolory, gdyż na allegro można je czasem znaleźć w bardzo korzystnych cenach - tak jak ta, którą kupiłam za 10 zł z przesyłką gratis :)

sobota, 4 lutego 2012

Małe marzenie - Lilou Śnieżynka

Od jakiegoś już czasu chodziła za mną bransoletka Lilou :) Czy też może w typie Lilou, ponieważ na oryginał mnie zwyczajnie nie stać. Jednak jakoś nie mogłam się do tego zabrać w żaden sposób chociaż możliwości jest sporo.
Jednocześnie od jakichś dwóch tygodni zachorowałam na motyw śnieżynki (co zresztą widać po moim blogu ;). Akcja więc była krótka. Usiadła, otworzyłam Allegro i... znalazłam ją! ^^ Konkretnie to u tej pani: Bridge-Art (jej oferta jest niesamowita! Jakbym mogła to bym chyba wszystko tam wykupiła xD). I co mnie bardzo ucieszyło, mogłam sobie wybrać kolor sznurka.

Wahałam się między błękitnym a kremowym, przy czym rzut monetą ostatecznie zadecydował o tym drugim. Zachwyca mnie to że jest lekka, a w rzeczywistości wygląda dużo lepiej niż na zdjęciach, dużo subtelniej. Ah! No i zdecydowaną zaletą jest cena! :) Wraz z przesyłką zapłaciłam 9,50 zł co stanowi jeżeli się nie mylę jakieś 10% ceny Lilou. I oczywiście - gwiazdka jest sztuczna, nie żadne srebro, sznureczek cieńszy i brakuje znaku firmowego. Tyle, że mi nigdy takie rzeczy nie przeszkadzały :) Poza tym, sprawdziłam, rzeczona firma nie ma w swojej ofercie śnieżynki ;)

piątek, 3 lutego 2012

Dziewczyna z perłą

Kolejny film z serii moich ulubionych :) 
"Dziewczyna z perłą" to film Petera Webbera oparty o historię powstania obrazu o tym samym tytułem autorstwa Johannesa Vermeera. Całość została osadzona w realiach XVII-wiecznej Holandii. I co za tym idzie jest to film gatunku kostiumowych.
Patrząc na obraz, który był powodem powstania najpierw książki, a później filmu rozumiem, dlaczego tak dalece pobudza wyobraźnię. W samym filmie jedna z postaci określa go jako "nieprzyzwoity". I jak na tamte czasy - owszem, jest. Ponieważ w oczach dziewczyny z perłą widać uczucie. Jej oczy są pełne tęsknoty, a usta delikatnie rozchylone, jakby chciała westchnąć z powodu ciążących jej emocji. 
W trakcie filmu widz zostaje przeprowadzony przez w całości platoniczny romans Griet i Vermeera. Jednocześnie patrząc z punktu widzenia innych postaci tej opowieści, można sądzić, że uczucie służącej do chlebodawcy wcale nie było takie niewinne. Można się nawet posunąć do stwierdzenia, że motyw podwładnej i szefa oraz romansu poniekąd na przekór zależności pomiędzy jednym a drugim jest oklepany. I pewnie tak jest, jednak nie w tym wydaniu. 
Akcja cały czas się zapętla i narasta, co budzi moje skojarzenia ze spiralą - ciąży i posuwa się po coraz mniejszych kręgach aż do rozwiązania. Aż do powstania obrazu, który jest punktem kulminacyjnym całej historii.
Oczywiście film jest jednym z moich ulubionych również dlatego, że gra w nim Colin Firth ;). A rzeczą, która budzi mój nieopisany zachwyt i sprawia, że mogę ten film oglądać bez końca są ujęcia i pojedyncze sceny. Kompozycja każdego kadru jest przemyślana od początku do końca. Poszczególne ujęcia wyglądają jak obrazy. Są harmoniczne pod względem kolorystycznym i kompozycyjnym. Oddają nastrój chwili i powodują, że człowiek czuje się nimi poruszony nawet jeżeli nie zamierza.
Rzadko kiedy zdarzają się filmy, które w tak dalece pełny sposób mogą być wpuszczone do wyobraźni, bez niebezpieczeństwa zabicia jej pod wpływem gotowego obrazu.

czwartek, 2 lutego 2012

Zakładki

Należę do osób które czytają sporo książek. Stąd potrzeba mi dużo... zakładek :). Ostatnimi czasy zorientowałam się, że w zasadzie nie mam już czym zaznaczać miejsca, na którym kończę czytanie. Postanowiłam więc temu zaradzić w typowy dla siebie sposób twórczy ;).
Inspiracją dla mnie była zakładka nissiax83, którą pokazała w tym poście:  
nissiax83 czyta - What Would Audrey Do?

A oto owoc mojej zabawy:

środa, 1 lutego 2012

Dzień leniwca

Mamy 1 lutego. Środek sesji. Mam dzień wolny. W sobotę egzamin. Co zrobiłby na moim miejscu każdy rozsądny człowiek? Usiadł na siedzeniu i zaczął by się uczyć. Ale najwyraźniej do rozsądnych ludzi nie należę.
Dlatego też wybrałam się na spacer. Tiaaaa.... jasne. Zrobiły się z tego zakupy. Inna sprawa, że całkiem użyteczne.

Wsówki do włosów gubię notorycznie. Całymi setkami. Tak więc gdy okazało się, że pozostała mi już tylko jedna sprawna i jedna jakaś krzywa i rozgięta, uznałam, że nadszedł moment by uzupełnić ten brak. Kosztowały 1,20 zł za 10 szt. Także całkiem niedużo, a są naprawdę wygodne :).
Co do podkładu... Tak, wiem. Parę dni temu kupowałam już podkład. Tyle, że mimo najjaśniejszego odcienia w skali i faktu że używam wyłącznie białego pudru, okazał się za ciemny. Tak więc powędrował na Allegro, gdyby ktoś miał ochotę ;) (Adorosa)
Zdecydowałam się więc na podkład z Bell Multi Mineral Mat&Cover make-up. Wybrałam oczywiście najjaśniejszy odcień w skali czyli 1 Light Beige. Pierwsze wrażenie z pierwszego użycia: bardzo fajne krycie, nie powala, ale też na pewno nie rozczarowuje, co przy tej cenie (11 zł) jest sporą zaletą. Niestety, ten odcień też jest ciut za ciemny, jednak na pewno nie tak mocno jak Catrice Photo Finish 010 Sand Beige. Porównałam go z dotychczasowym Stay Matte z Miss Sporty (który kolor ma idealny, ale krycie dość żałosne) i chodzi mi po głowie pomysł pomieszania ich obu :). Zobaczę co z tego wyjdzie ^^
Podoba mi się też bardzo aplikator tego podkładu:
Przepraszam za jakość zdjęcia, aż mi przykro jak na nie patrzę ^^'
Dzięki takiemu patentowi nie grozi mi wylanie podkładu czy niekontrolowane wypłynięcie. Trzeba nacisnąć opakowanie, a ilość jaka się wydobywa zależy tylko ode mnie. Zdecydowany plus!
Podkład ma standardową objętość 30 ml.

Ostatnią błyskotkę ze zdjęcia dostałam jako darmową próbkę. Jest to tester błyszczyka Bell Light Colour Diamond nr 202. Oglądałam je dosłownie chwile wcześniej na półce.
Cieszy mnie przede wszystkim to, że jest on dość spory. Co prawda nie ma tu określonej objętości, ale jest niewiele mniejszy od błyszczyka Essence z serii Crystalliced (7 ml). A jeżeli chodzi o pierwsze wrażenie, bałam się dwóch rzeczy: że będzie klejący i że drobinki brokatu w nim będą przytłaczające. Mimo dość gęstej konsystencji nie klei się ani trochę. Za to ładnie wydobywa naturalny kolor ust. A drobinki? Oczywiście są widoczne. Jednak nie sprawiają tak krzykliwego wrażenia, o jakie je podejrzewałam. Mam zamiar trochę z niego pokorzystać i przetestować jak wypadnie na szmince.

Ostatnią rzeczą, która mnie cieszy z wszystkiego co dzisiaj upolowałam najbardziej jest... muffka:

Od razu się przyznam, że futrzasty kołnierz, który upolowałam w second-handzie za 5 zł stał się mufką dopiero dzisiejszego popołudnia gdy go odpowiednio pozwijałam i zszyłam. Teraz jeszcze tylko łańcuszek z Allegro i voila! :D

To nic, że powinnam się uczyć do egzaminu. To nic, że miałam nie jeść słodyczy. Ze wszystkim jeszcze zdążę: