środa, 14 marca 2012

Saga o Zbóju Twardokęsku

Druga część sagi i wg mnie
 najlepsza okładka :)
Jestem fanką literatury fantasy i to żadna nowość ;)
Dlatego po prostu zakochałam się w twórczości Anny Brzezińskiej. Ostatnio skończyłam Sagę o Zbóju Twardokęsku. Objętościowo jest to naprawdę sporo godzin czytania. Książki mają średnio po 500-600 stron. Dlatego też trochę mi to zajęło.
Jednak po przeczytaniu poczułam ogromną, nie dającą się niczym zapełnić pustkę. Do dzisiaj się łapię na tym, że odruchowo myślę "Hmmm... co tam dalej się dzieje? Ah tak... już się skończyło".

Jeżeli chodzi o samą autorkę, nie będę powtarzać wikipedii. Jednak Anna Brzezińska jest wg mnie niesamowita. Na pewno jej wykształcenie (mediwistka) jest widoczne w treści i stylu pisania.

Saga składa się z czterech części:
Plewy na wietrze
Żmijowa Harfa
Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Sztylet

Szczerze mówiąc po czasie ciężko mi już określić co dokładnie działo się w której części, ponieważ są one bardzo obszerne, a akcja na tyle wartka, że czasem ciężko wręcz nadążyć. Nie ma żadnych zastojów akcji. Nie można się nudzić.
Okładka ostatniej części :)
Język jest trudny. Wymaga przystosowania się czytelnika do wyraźnej stylizacji języka na staropolski. Przy okazji widać tu kunszt z jakim Brzezińska operuje wcale przecież nie tak popularnym stylem.
Tym, co jest dla mnie najbardziej zachwycające jest łatwość z jaką autorka splata elementy historii powszechnej, dawną polską obyczajowość, rozmaite mitologie. Całymi garściami czerpie z motywów wielokrotnie już w literaturze używanych, ale sposób w jaki się nimi bawi powoduje, że człowiek uśmiecha się i docenia spryt z jakim łączy bardzo pozornie odległe elementy. Dla mnie to jest esencja kreatywności. Tak definiuję sztukę - wzięcie tego co już znam i stworzenie z tego czegoś co mnie zachwyci. I dokładnie ten typ zachwytu spowodował, że niemalże wpadłam w nałóg - jeżeli akurat nie czytałam, obsesyjnie zastanawiałam się nad tym co dalej.
Kolejnym elementem dla mnie szalenie istotnym jest kreacja poszczególnych bohaterów. Nie ma tu miejsca na bohatera rozmytego, niedookreślonego, nieostrego. Każda z postaci w paru barwnych zdaniach wyłania się na tle fabuły, zyskuje kolory i odpowiedni kształt. Każda z nich ma swój charakter i mnóstwo wad. Dzięki temu nie ma pomyłek w ich identyfikowaniu, a całość zyskuje specyficzny pazur i jakość.
Wreszcie, element który powala - misterna pajęczyna losów. Losy bohaterów są ze sobą splecione w sposób, który dla mnie jest objawem geniuszu. A koniec losu każdego z bohaterów jest dla mnie zaskakujący. Szczególnie jeżeli cofnę się pamięcią do momentu gdy bohater wkracza na scenę.
Okładka trzeciej części sagi ;)
Trochę konkretów: uwielbiam Złociszkę. Przez całą sagę ciągle na nią czekam. Jej rozdarcie pomiędzy powinnością a namiętnością (bo nie do końca o miłość tu chodzi) jest niesamowicie ludzkie. Mimo, że jest rozkapryszoną córeczką tatusia, jej zaradność powoduje, że nie mogę przestać jej kibicować.
Co do samego Twardokęska... Irytuje mnie trochę jego przeistoczenie ze "zbója" w "zbójeckiego hetmana" i bohatera. Jednak sam proces jest dość interesujący z czysto psychologicznego punktu widzenia. Aczkolwiek ta postać zwykle działa mi na nerwy. I to również ma swój urok ;)
Nie porusza mnie romans dwójki głównych bohaterów - Szarki i Koźlarza. Dużo bardziej przejmujący dla mnie jest trudny związek Wężymorda i Zarzyczki (Selveiin). Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, czy ich miłość jest prawdziwa czy to tylko efekt igraszki bogów. Tak czy inaczej, ich uczucie było jedynym, które mnie tak naprawdę poruszyło i zmusiło do łez. Może też trochę dlatego, że nigdy nie chciała bym się znaleźć na miejscu  "Żalnickiej księżniczki".
Wracając do samej Szarki... Zachwyca mnie jako postać. Jest doskonale dopracowana, dopieszczona. Zawieszona gdzieś pomiędzy rzeczywistością a światem nierzeczywistym cały czas zdaje się być nie z tego świata. Cały czas wywołuje u czytelnika lęk, cały czas się zastanawiam kiedy zmieni się w obłok dymu bądź odleci na nagle wyrosłych skrzydłach. Najbardziej zastanawia mnie jej ból. Jest niesamowicie rzeczywisty.
Okładka pierwszej części sagi :)
Cała książka wypełniona jest postaciami, które popychają akcję naprzód a potem znikają żeby skończyć swoją własną historię. Te przystanki również są bardzo interesujące - takie małe historie ukryte w większej. Zaryzykuję nawet stwierdzenie że to powieść polifoniczna. Nagromadzenie wątków i ich sprzężenie zdecydowanie można określić tym mianem.

Przez te wszystkie powyższe elementy całość jest niesamowicie realistyczna. Dla mnie po prostu zachwycająca i perfekcyjna. Zapewne pominęłam sporo wad, ale ja ich nie widzę. Jest to obecnie zdecydowanie moja ulubiona książka :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz