niedziela, 11 listopada 2012

A to Peszek


Dowiedziałam się o tym, że ten album się pojawił oglądając Kubę Wojewódzkiego. No i po takiej reklamie nie byłam w stanie podarować sobie tej płyty. Ale odsłuchanie jej odłożyłam w czasie. Jakoś nie było kiedy. Aż do sobotniego popołudnia ;) Mam wrażenie, że to dziwnie pasujący temat na 11 listopada.

Wbrew pozorom, dla mnie ta płyta to przejaw ogromnej siły wewnętrznej Marii Peszek. Bo trzeba mieć w sobie niesamowitą moc żeby napisać takie teksty, podpisać się pod nimi i opatrzyć je w mediach swoim wyznaniem. Nie będę się skupiała na tym, co się działo w mediach. Uważam wszelkie ataki na autorkę za jakąś straszliwą bzdurę, zwykłą polską zawiść i jedną wielką pomyłkę.

Co do samej treści: nie znalazłam tu żadnego słabego punktu. Nie ma piosenki, która by mi się nie podobała, ba! Z którą nie zgodziłabym się z całego serca. Prawdę mówiąc, po przesłuchaniu, miałam wrażenie, że wzięłam taki wielki, głęboki oddech ulgi. Bo to nie jest tylko tak, że ja jestem jakaś inna. Tak więc Maria Peszek spełniła swoje najważniejsze zadanie - stworzyła coś, z czym można się utożsamić.

Ale do rzeczy, bo bredzę póki co ogólnikami. "Ludzie psy" od razu wylądowało na mojej MP3ce. Mogłabym tego słuchać na okrągło i po prostu "robić dym". Wezwania do buntu zawsze były dla mnie urokliwe i tym razem nie było inaczej. Dawka ironii jest po prostu urzekająca. Do tego bardzo interesująca koncepcja fusion jeżeli chodzi o muzyczne tło. Absolutnie kupuję ten styl, w którym wiolonczela spotyka się z elektroniką.


Mocną dawką emocji jest dla mnie "Amy" w bezpośredni sposób odnosząca się od śmierci Amy Winehouse. Nie polecam ludziom o słabych nerwach i bujnej wyobraźni. Chapeaux bas za "Pan nie prowadzi mnie". Bo w tym kraju trzeba mieć sporo odwagi żeby głośno powiedzieć, że nie ma się ochoty na słuchanie kazań i stosowanie się do zasad, które wcale niekoniecznie muszą być takie doskonałe. Okazuje się, że można żyć, być w porządku wobec siebie i innych a wcale niekoniecznie podążać za ciągle tymi samymi naukami. Dawanie na tacę to nie wszystko.

"Sorry Polsko" jest dla mnie chyba najcenniejsze. Po latach wprasowywania przez szkołę i wszystkie 'autorytety' patriotyzmu opartego na bezsensownym i bezwarunkowym poświęcaniu absolutnie wszystkiego, absolutnie mdli mnie na wszelkie flagowo-historyczne (histeryczne?) zrywy. I wcale nie czuję się gorsza uważając, że wyniszczanie się dla idei jest bezsensowne.

Łamanie stereotypu Matki-Polki jest chyba co najmniej tak kontrowersyjne jak sprzeciwianie się wszechogarniającej, duszącej polityce Kościoła. Kobieta z założenia ma chcieć dzieci i tyle. Nie ma od tego dowołania, a jeżeli deklaruje coś innego, należy ją leczyć. Tak więc "Nie wiem czy chcę" to jest dopiero rewolucja. A jedyny aspekt zdrowia psychicznego o jaki się martwię w przypadku Marii Peszek to jej skłonność do ryzykowania własnym życiem dla swoich przekonań. Z każdą piosenką na tej płycie naraża się coraz bardziej.

Tak de facto, wszystko podsumowała w "Szarej fladze". Bardzie wprost chyba się już nie dało. I może tylko do tego miałabym zastrzeżenia. Z drugiej jednak stronę, do niektórych dotrzeć inaczej jak bezpośrednio się nie da.

1 komentarz:

  1. mnie tylko wkurwia jej głos. Gdyby był mocniejszy i ciemniejszy, to kupowałabym to w 100%. A tak to jedynie w 85%.

    OdpowiedzUsuń