sobota, 26 października 2013

Historia opowiedziana na nowo

W ostatnią środę M. zrobił mi tę przyjemność i zabrał mnie do kina na najnowszy film w reżyserii Juliusza Machulskiego "Ambassada". I chociaż mam pewne zastrzeżenia, nie żałuję.

     Filmy z gatunku historical fiction kojarzą mi się raczej dobrze. A już na pewno jestem bardziej skłonna
oglądać takowe niż dokumentalne. Ambassada przy okazji jest komedią i nie odmówię jej wielu zabawnych scen. Jednak mam parę wątpliwości związanych z tym filmem. Zacznę od zalet dylematy zostawiając sobie na koniec.
     Miłym aspektem tego filmu jest, że niewiele w nim znanych twarzy. Głównie jest to zestaw nowych, mało "opatrzonych" twarzy, co powoduje, że reakcje bohaterów są trudniejsze do przewidzenia niż w przypadku tych znanych. Ich reakcje i emocje widziałam zbyt wiele razy by się ciągle w nie wczuwać.
     Co do humoru, jest w dużej mierze niezły, chociaż zdarzają się sceny, które budzą mój niesmak, jak np. korzystanie z toalety czy torturowanie kartką papieru. Niby śmieszne, ale dla mnie nie do końca.
Przejdę do problemów jakie mam z tym filmem. Przede wszystkim, brakuje mi puenty. Niby jest, niby akcja znajduje rozwiązanie, fabularnie wszystko ok. Ale trochę za szybko, za krótko, zbyt łatwo. Nie wierzę w emocje głównej bohaterki, która cały film jest twardą babką po to,
żeby w ostatnich scenach odpuścić. Nie gra mi to.
     I drugi, dużo poważniejszy dla mnie problem - historia a komedia. Wydarzenia opowiedziane w tym filmie w rzeczywistości były tragiczne. Postacie, które tutaj pokazane są z przymrużeniem oka, w rzeczywistości miały niewiele wspólnego z ludźmi w moim odczuciu. Ten rozdźwięk między zdarzeniami z przeszłości a klimatem filmu powoduje u mnie wyrzuty sumienia. Z jednej strony ten film dostarczyl mi wiele rozrywki, był przyjemny, ogląda się go ze śmiechem i zapartym tchem. Z drugiej zaś, mam poczucie, że nie powinnam tak na niego reagować.
     Argumentem przekonującym mnie do tego filmu jest pewne przesłanie płynące między wierszami. Mianowicie takie, że powoli i mozolnie, ale jednak smętne, długie i nudne opowieści historyczne odchodzą. Rzeczywistość szybkiej wymiany informacji i nieustającej rozrywki powoduje, że nie można w nieskończoność katować odbiorcy ciężarem gatunkowym powstań, wojen i zaborów.
     Ten film jest poniekąd odpowiedzią na mój cichy bunt z okresu szkoły. Miałam serdecznie dość zwrotów typu "wy nic nie wiecie, jesteście za młodzi" i kładzenia mi wiecznie do głowy że mam czuć się wdzięczna za to, jakich wyborów dokonali ludzie żyjący sto lat temu. Chociaż możliwe, że sama dokonałabym innych. Otóż jako, że nigdy nie miałam szansy tego przeżyć, nie jestem w stanie, nie chcę i nie będę wiecznie rozdrapywała cudzych ran. I w tym sensie, Ambassada spełniła moje oczekiwania. Dlatego też, uważam, że ten film niesie ze sobą dużo głębsze przesłanie niż jego powierzchowny komizm.

P.S. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zwiastun z piosenką Sen o Warszawie, byłam przekonana, że to jakiś wygłup albo, że ktoś znowu przeżywa fantazje o nazistach po drugiej stronie księżyca. Po obejrzeniu filmu, patrzę na to zupełnie inaczej i nie mogę się pozbyć z głowy tej piosenki ;)

1 komentarz:

  1. Jak najbardziej rozumiem argument o braku pointy. Bo zakończenie przychodzi niespodziewanie i pozostawia po sobie pewien niedosyt - ale może właśnie o to chodziło?

    Film mimo swoich niedociągnięć ma wiele zalet, co sprawia, że nie żałuje się czasu spędzonego w kinie. Czasu, który też biegnie bardzo szybko i ani się człowiek obejrzy, a tu już koniec.

    Fakt, że na film trzeba patrzeć z przymrużeniem oka, ale niczym błazen przekazuje sobą pewne prawdy, a przynajmniej głębsze przemyślenia i - co rzadko zdarza się w przypadku komedii - skłania do myślenia.

    Trafnie określił AmbaSSadę Głos Wielkopolski - "poligon zabaw przeszłością".

    Tak czy siak, warto zobaczyć.

    OdpowiedzUsuń