fbpx

Filmy na odmóżdżenie

Nie zawsze mam siłę na ambitne treści i niekiedy takie płytsze kino jest dobrą odskocznią od wymagającej codzienności.


„The Other Woman”, czyli w polskiej wersji „Inna kobieta”, otrzymała łatkę komedii romantycznej (z resztą nie bez powodu, bo sporo cech takowej twórczości można w tym filmie znaleźć). Dlatego też M. nie był za specjalnie zachwycony, że wybieramy się akurat na to. 


Produkcja okazała się jednak miłym zaskoczeniem. Przede wszystkim, akcja jest bardzo wartka i pozbawiona, niestety częstych w tego typu filmach, przydługich i nudnawych sekwencji. Dodatkowo, całość okraszona jest niezłym humorem, może i nie najwyższych lotów, ale też nie uwłaczającym inteligencji przeciętnego widza (M. nawet kilka razy śmiał się w głos ;). Dodatkowo dla mnie plusem jest estetyczna strona filmu – przepiękne widoki i niezłe stylizacje. Jest na co popatrzeć.

Jeżeli chodzi o wątpliwości, nie jestem pewna obsady. Jakkolwiek nie mam nic przeciwko Cameron Diaz (w roli Carly Whitten), tak niestety ale mimo ciała utrzymanego w nienagannej kondycji, nie jest to już ten etap żeby pokazywać się w bikinii czy pozwalać na długie i zbyt bliskie zbliżenia twarzy. Nikolaj Coster-Waldau (w roli Mark’a Kinga) wypadł nieźle, ale nie mogłam się uwolnić od podejrzeń, że za chwile wejdzie w zbroi i zacznie machać mieczem (ten sam aktor wcielił się w postać Jamie’go Lannistera w Grze o Tron). Bez komentarza pozostawię osadzenie Nicki Minaj w roli sekretarki.

Jako wczesnopopołudniowa rozrywka w pogodny, majowy i wolny od obowiązków dzień, film sprawdził się całkiem nieźle.

Natomiast drugim filmem, który ostatnio pozwolił mi się trochę zrelaksować wieczorową porą był „Vampire Academy”. Zaczęłam go oglądać z M. i bardzo podobała mi się jego interpretacja tego filmu, jako

„idealnego na randkę”. A przynajmniej stworzonego z takim zamysłem.

Z jednej strony widać tam niemalże harlequinowe romanse (w wydaniu dla nastolatek), silny wpływ Twilight, perfekcyjne sylwetki, twarze i stylizacje, Disneyowskie zwroty akcji, elementy średniowiecznej opowieści o rycerzach i nieśmiałe próby komediowe.

Z drugiej strony mamy tu sztuki walki, akrobacje, wbijanie srebrnych szpikulcy w serca i jeszcze zakończenie w klimacie horroru, które dziwnie kojarzy mi się z twórczością Nory Roberts.

Widać tu ewidentną próbę stworzenia filmu z gatunku „dla każdego coś miłego”. Obiektywnie patrząc – to się po prostu nie mogło udać i rzeczywiście z takiego punktu widzenia film jest badziewiem.

Natomiast nastolatka, która siedzi głęboko we mnie i od czasu do czasu potrzebuje banalnego romansu, okraszonego ładnymi obrazkami, dramatami rodem z telenoweli brazylijskiej i doprawionym fantasy światem przedstawionym, była zachwycona.

Z powodu otwartego zakończenia w horrorowym klimacie, czułam się bardziej jakbym widziała pierwszy (mocno przydługi, bo film na ponad półtorej godziny) odcinek serialu. No i z pewnością będą kolejne. Zapewne wykorzystam je w podobny sposób – do kina raczej się na to nie wybiorę, ale jako odmóżdżacz serwowany w ciepłym łóżku z miską chipsów sprawdzi się świetnie. 

Czy tylko ja czuje się ostatnio przemęczona?