poniedziałek, 7 maja 2018

Prostytucja edukacyjna #1

Historia którą tu opisuję jest sytuacją która prawdziwie mnie poruszyła. Głównie dlatego, że uruchomiła we mnie całą falę dawno zepchniętych na granicę świadomości wspomnień. Poczułam że muszę je w końcu z mojej głowy usunąć i przelać w miejsce bardziej godne.



Ostatnio odebrałam telefon od Pani, która kiedyś kupowała u mnie bardzo określoną usługę. Jest majówka, obok grzeje się grill, ja popijam vermuta ze Spritem, a Pani mnie pyta jak tam z moją dostępnością korepetytorską.

Tutaj należy dodać, ze miewam z tym problemy. Nie z dostępnością, ale z tymi telefonami. Otóż uprawiając tą edukacyjną prostytucję (jaką są korepetycje z języka angielskiego) w trakcie studiów, rozgłaszałam to na wielu portalach, które mogły taką informację znieść. Problem w tym, że wszystkie te ogłoszenia usunęłam, a potencjalni klienci dalej dzwonią. Nie dam sobie wmówić, że poczta pantoflowa działa tak dobrze - umówmy się, to nie był mój wymarzony zawód.

Kiedyś nawet zostałam ochrzaniona za tracenie cudzego czasu takim nieświeżym ogłoszeniem, co z resztą rozumiem, natomiast dzwoniąca zatroskana matka nie była w stanie powiedzieć, gdzie je znalazła. Umiejętności zdejmowania majtek, których na sobie nie mam jeszcze nie posiadłam, więc z ogłoszeniami jest podobnie.

Wracając do kiełbasek z grilla i drinków, popijam i słucham dalej zezując na cytrynę pływającą w mojej szklance, a osoba dzwoniąca poszukuje pomocy w dalszym ciągu. Pytam więc od razu, czy Pani poszukuje w Bydgoszczy. Rzecz ma się bowiem następująco - w czasie w którym udzielałam lekcji, mieszkałam w Toruniu. A dla 35 zł/h nie opłaca mi się trochę wyruszać w drogę pociągiem, dyliżansem czy nawet teleporterem.

Tu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji, mianowicie cisza w słuchawce. Już prawie wracałam do znajomych i przełykania śliny w oczekiwaniu na szaszłyki, gdy Pani z oburzeniem stwierdziła, że ona nic na ten temat nie wie.

Tutaj z kolei nastąpiłam moja konsternacja, ale w akcie chwilowej przytomności poinformowałam Panią, że to już tak ze trzy lata od przeprowadzki. Sytuacja stała się tym bardziej absurdalna gdy Pani zapytała czy to tak na stałe. Po czasie zastanawiam się, czego dokładnie oczekiwała - czy tego, że przeproszę i zacznę się pakować czy może jakichś głębszych zwierzeń?

Chcąc wybrnąć z sytuacji, zaproponowałam, że jak najbardziej zapraszam do Bydgoszczy na lekcje, chętnie pomogę. Tu nastąpiła wymiana, której oszczędzę temu tekstowi, na temat zlokalizowania miejsca mojego przebywania na terenie Bydgoszczy. Nie chciałam już dość mocno zdesperowanej klientki straszyć tym, że dodzwoniła się do mnie w nowym życiu zdefiniowanym nowym nazwiskiem. Jeszcze by zapytała kiedy dzieci i czy będę je wychowywała w Toruniu.

Cała rozmowa trwała dobre 5 minut, od czwartku minęło dobre 5 dni, a ja dalej zastanawiam co dokładnie miało zaszło. Przyznam, że ten rodzaj abstrakcji wprowadził mnie na nowy poziom. 

Aczkolwiek gdy tymi wątpliwościami podzieliłam się na gorąco ze zgromadzonym przy świętym ogniu grilla gronem, padła jedna ciekawa hipoteza - a co jeżeli ktoś właśnie zaczyna przygotowania do matury?

2 komentarze:

  1. Udzielam korepetycji już 5 lat, jest to mój wymarzony zawód, jestem nauczycielem. Jednak takie sytuacje to standard. Wieczne oburzenie na cenę. Przecież wydać 60zł na manicure hybrydowy to nie problem, ale 50 za godzinę korepetycji dziecka to zdzierstwo. Mam zasadę, gdy ktoś nie przychodzi na lekcję bez uprzedzenia albo sobie dziękujemy, albo za tę lekcję która się nie odbyła rodzic płaci. I tu kolejne oburzenie. Przecież on po prostu zapomniał, więc o co chodzi. :) Dzieci kocham, rodzice są nieznośni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba się trochę minęłaś z sensem tego tekstu :D

    OdpowiedzUsuń