fbpx

Work-life balance nie ma sensu

Jest taka scena w Amerykańskich Bogach Neila Gaimana, która bardzo mi przywodzi na myśl wyrażenie work-life balance. Bohaterka trafia do zaświatów na sąd ostateczny. Jest więc (podążając za egipskimi starożytnymi wierzeniami) waga z piórem na jednej z szalek a na drugiej docleowo ma wylądować serce osądzanej duszy. Jeżeli będzie cięższe od pióra, no to delikwent ma przechlapane. Tyle, że w tej scenie bohaterka nie zamierza się temu poddać i zwyczajnie daje drapaka.

American Gods, S01E04 Git Gone – Źródło: LINK

I dokładnie tak samo poczułam się, gdy nadrabiałam felietony Evil HR Lady Trafiłam na artykuł o tym, że założenie work-life balance mija się nieco z celem w jakim je ukuto. 

LINK DO VLOGA

W ogóle samo wyrażenie work-life balance trochę sugeruje że praca nie jest częścią życia. Czy też że stoi w opozycji do reszty życia. Co więcej, praca jest w tym równaniu siłą rzeczy tym mniej sympatycznym elementem. Wszak życie, czyli też odpoczynek i robienie tego, co się chce wydają się z założenia przyjemniejsze. I tak, często mam wrażenie, że moja praca mi pożera sporo czasu i w sumie gdybym nie musiała do niej iść to miałabym więcej życia. A to wrażenie jest szczególnie silne po dłuższej przerwie od pracy…

Tyle, że to nie do końca tak jest. Mam ku temu żeby tak myśleć w zasadzie dwa główne powody. Chociaż pewnie możnaby znaleźć ich więcej.

Pracuję, żeby żyć

Żyć trzeba mieć za co. I dopóki nie odziedziczę lub wypracuję fortuny, a jedocześnie chcę realizować swoje życie w określony sposób, muszę zarabiać. Niezależnie od tego czy jest to umowa o pracę czy własna działalność, w rezultacie trzeba wykonać pracę. Siłą rzeczy więc praca i życie zaczynają się przenikać i być współzależne. W swoim wolnym czasie przygotowuję jedzenie do pracy, ubrania czy się dokształcam. Uznaję też solidny odpoczynek za poniekąd mój pracowniczy obowiązek. Żeby skutecznie wykonywać swoje obowiązki, muszę mieć na to siłę i energię. A z drugiej strony, praca te wszystkie działania finansuje. Nie ma tu więc ostrego podziału.

Potrzeby wyższego rzędu

Po drugie – nie pracuję tylko i wyłącznie dla mojej pensji. Oprócz pieniędzy, mogę mieć inne zyski z pracy jak satysfakcja, rozwój, uznanie – wszystko to co znajduje się w raczej górnych pietrach piramidy Maslowa. Są nawet przypadki, w których wykonanie pracy niekoniecznie spotyka się z finansowym zyskiem, jak na przykład wolontariaty. Praca (rozumiana bardzo szeroko) jest po prostu częścią życia. Nie ma sensu rozdzielanie tego na work-life balance.

Za to spodobał mi się koncept (wspominany przez Evil HR Lady, a szerzej omawiany przez Carrie Bucci) życiowej harmonii. Życie i praca nie móżą być równoważne przez cały czas – mogą się przeplatać, uzupełniać. I co najważniejsze – ta koncepcja dopuszcza sytuację w której priorytety w życiu mogą się zmieniać w czasie.

Właśnie ta świadomość daje mi poczucie ulgi. Będą okresy w życiu gdzie priorytetem będzie praca, jak to już bywało wcześniej. I dzięki temu będę mogła „nazbierać punkty”, które wykorzystam gdy czasowo priorytet przejmie zdrowie, rodzina czy inne istotne dla mnie kwestie. Tak długo jak żadna z tych sfer permanentnie nie zdominuje perspektywy i nie spowoduje poważnych problemów w innej, wszystko jest okej. Tak po prostu wygląda życie :).

Źródła: